poniedziałek, 8 lutego 2010

Zwierzę można zabić, przecież nic nie czuje

Artykuł zatytułowany jak powyżej znalazłem na onecie.
Niby nic nowego, ale jak czytam takie rzeczy to mi się nóż w kieszeni otwiera.

Uwagę moją zwrócił fragment następujący:

Kotów nie opłaca się sterylizować. Łatwiej przecież jest dopiero co urodzone kociaki utopić w beczce, albo wyrzucić na pole, na pewną śmierć. To samo robi się ze szczeniakami. Zostaje jeden, pierwszy, ten najsilniejszy. Gdy dorośnie, będzie stał przykuty łańcuchem do licho skleconej budy. Jak będzie szczekał za głośno, to od pijanego "pana" dostanie łopatą po łbie i skończy swój marny żywot. Okrucieństwo dziwi tylko nielicznych. Przecież pies to zwierzę, a ono nie cierpi - uważa reszta.


Moje dzieci spędzają regularnie wakacje na wsi.
Tego, tzn. ostatniego lata w domu sąsiadów oszczeniła się suka, pilnująca ich domu, czytaj: przywiązana na łańcuchu do budy.

Byłem tam akurat w tym czasie i to było coś niesamowitego: wilczuro-kundlica promieniejąca szczęściem, pozwalająca zajrzeć do budy, ewidentnie chwaląca się swoim potomstwem.
Takiego szczęścia wymalowanego na psim obliczu jeszcze nie widziałem.
Dzieci wraz z synem sąsiadów cały dzień chodziły i z zachwytem opowiadały o małych szczeniaczkach.
Naprawdę były śliczne, zresztą jak wszystkie małe zwierzaczki...

Sielanka skończyła się następnego dnia, kiedy przyszedł Michał (lat 6) tj. syn tych sąsiadów od psa i oświadczył że w nocy suka zeżarła całe swoje potomstwo...

Zatrzęsło mną, choć w zasadzie spodziewałem się niestety takiego rozwiązania - przecież łatwiej utopić szczeniaki niż zadbać o antykoncepcję psa podwórkowego. Ale to co mnie max poraziło to kierowanie emocji dzieci na Bogu ducha winnego psa.
Dzięki temu zrozumiałem dlaczego na wsi od małego nie lubi się zwierząt...

Dla kontrastu przypominam co pisałem blisko rok temu o ratowaniu wiewiórki w Parku Żeromskiego.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza